Déjà vu w Molde. Legia powtarza scenariusz sprzed roku

Mecz Molde Legia

Wszystko wyglądało jak wierna kopia zeszłorocznego starcia Molde z Legią

Czy światowy futbol ma ograniczoną liczbę scenariuszy? Bo to, co wydarzyło się w Molde, wyglądało jak wierna kopia zeszłorocznego starcia tych drużyn. Wtedy Norwegowie prowadzili 3:0 do przerwy – i teraz też. Wtedy Legia po zmianie stron zdobyła dwie bramki – i teraz też. Oby finał tej historii był inny, bo poprzednio skończyło się bolesnym 0:3 w rewanżu.

Legia przyszła na szachy z kapslami od piwa

Warszawski zespół rozpoczął mecz w zestawieniu, które trudno uznać za optymalne. Goncalves? Nieprzydatny nawet na wyścigi rzędów, bo tam trzeba biegać. Biczachczjan? Regularnie gra, ale kibice pamiętający Radovicia czy Dudę mogą tylko wzdychać. Kovacević? Zapomniał, jak się broni. Ziółkowski? Jeszcze musi się wiele nauczyć. Gual? Cóż, chimeryczny jak zawsze.

Nie było lidera, nie było pomysłu, nie było jakości. A Molde? Strzelało jak chciało – po błędach Kovacevicia, po złej interwencji Ziółkowskiego, po świetnym podaniu prostopadłym. Legia mogła się tylko przyglądać.

 

 

A potem Norwegowie poczuli się za pewnie…

Zamiast dobić Legię, zaczęli bawić się piłką, jakby grali z juniorską drużyną. Chcieli wchodzić do bramki, szukali idealnej klepki w polu karnym, ale zawsze brakowało kilku centymetrów. No i się przeliczyli.

 

 

Najpierw gola strzelił Chodyna (po asyście Goncalvesa, która nie ratuje jego fatalnej oceny), a potem Luquinhas. Molde było w szoku – nie spodziewali się, że Legia w ogóle potrafi grać w piłkę.

 

 

Końcówka? Bliżej było 3:3 niż 4:2. Nadzieja na awans jest, ale Legia sama komplikuje sobie życie. Gdyby zamiast Goncalvesa ściągano więcej piłkarzy pokroju Vinagre czy Wszołka, ten mecz mógł wyglądać zupełnie inaczej.

Niestety, Szkurin nie może grać w pucharach. Więc trzeba się cieszyć nie z remisu, a jedynie z „małej porażki”.

Komentarze

Zaloguj się, aby móc dodawać komentarze
Nikt jeszcze tego nie skomentował. Bądź pierwszy!
Reklama 18+